piątek, 4 kwietnia, 2025

Jak zakończy się wojna w Ukrainie?

Robert Strybel

Choć miała trwać zaledwie kilka dni lub co najwyżej parę tygodni, rozpętana 22 lutego 2022 roku putinowska pełnoskalowa agresja przeciw Ukrainie jest już dwuipółletnim konfliktem, którego końca nie widać. Mimo to tu i ówdzie coraz częściej mówi się o zawieszeniu broni i ewentualnych rozmowach pokojowych. Także powstają prognozy o tym, kto tę wojnę wygra i co z tego wyniknie.

Zdaniem generała Richarda Barronsa, b. szefa Dowództwa Strategicznego Połączonych Królewskich Sił Zbrojnych, istnieje „poważne ryzyko”, że Ukraina przegra tę wojnę już w tym roku. Uzasadnił swój pogląd tym, iż Ukraińcy mogą dojść do wniosku, że jest to wojna nie do wygrania. „Czy wówczas ludzie będą chcieli nadal walczyć i ginąć w obronie tego, co już nie da się obronić?” – zapytał weteran wielu wojen zagranicznych, w których uczestniczyło Zjednoczone Królestwo. Ale zaraz uspokoił: „Do tego poziomu jeszcze nie doszło”.

„Siłom ukraińskim krytycznie brakuje amunicji, wojsk i obrony przeciwlotniczej – ocenia gen. Barrons. – Optymistycznie wyczekiwana kontrofensywa ukraińska nie zdołała usunąć Rosjan z okupowanych przez nich ziem, a obecnie Moskwa przygotowuje swą letnią ofensywę. Będzie walić w linie frontu, żeby złamać ukraiński opór, mając pięciokrotnie większy zapas pocisków artyleryjskich”.

Wiadomo, że zahartowani w boju b. dowódcy, przedstawiciele think-tanków i inni eksperci popierają swe oceny i przewidywania wieloletnią obserwacją i doświadczeniem. Ale na chwilę zejdźmy na parter, gdyż wojna obchodzi nie tylko zawodowców. W mediach społecznościowych można natrafić i na tak hiper-optymistyczną prognozę: „Jeśli Ukraina wygra wojnę, przewiduję, że wrócą granice sprzed 2014 r. [czyli z Krymem i Donbasem nadal przy Ukrainie – przyp. RS], a tereny zaanektowane zostaną zwrócone Kijowowi”.

„Nie będzie tam żadnych dalszych referendów czy innych prorosyjskich działań. Wielu etnicznych Rosjan opuści te ziemie. Ukraina wejdzie do NATO i UE, stając się częścią zachodniego hegemona. Rosja zostanie wyobcowana z Zachodu przez co najmniej jedno pokolenie nawet po ewentualnej zmianie reżimu. Rosja się przeorientuje w stronę Azji Centralnej i Chin, a jej prestiż i status bardzo ucierpią. Białoruś zacznie się stopniowo odwracać od Rosji i zbliżać się do Zachodu”. Takiego scenariusza bez wątpienia życzy sobie Kijów, lecz prognoza ta jest chyba zbyt optymistyczna, by mogła się spełnić!

Przeciwieństwem tej oceny były przewidywania pewnego antropologa warszawskiego, który pod warunkiem anonimowości powiedział: „Ukraina przegra wojnę. Prędzej czy później będzie zmuszona zgodzić się na rozmowy pokojowe, a warunki dyktować będzie Moskwa. Rosji przypadną nie tylko ziemie dotychczas zaanektowane, ale także dalsze, które jeszcze potrafi wyrwać Ukrainie do momentu rozpoczęcia rokowań. Końcowy traktat pokojowy zabroni Ukrainie wstąpienia do NATO i UE”.

„Kraje zachodnie poszumią, pogrożą, lecz w duszy się ucieszą, że wraca normalność, »business as usual« i pozrywane stosunki handlowe z Rosją wreszcie zostaną wznowione. Wizja lukratywnych koncesji, kontraktów, tańszych źródeł energii i udziału w powojennej odbudowie oraz wielomiliardowe zyski z tego płynące zrobią swoje. Kto wie, czy Putinowi nawet nie przyznają Pokojowej Nagrody Nobla za zakończenie najkrwawszego konfliktu od II wojny światowej?”. Czarnowidztwo i cynizm czy brutalna ewentualność?

Z kolei Sergiej Brovkin, który uchodzi za głównego pomysłodawcę montrealskiej firmy konsultingowej Collectiver, wyraził następujący pogląd o obecnym i dalszym przywództwie samego Putina: „Byłoby wielkim uproszczeniem stwierdzić, że Putin właśnie dopiero teraz traci zaufanie rosyjskiej elity. Nie udaję eksperta, ale z moich doświadczeń kogoś, kto się urodził i wychował za żelazną kurtyną i stamtąd uciekł, Putin nigdy nie cieszył się szczerym poparciem rosyjskich szarych eminencji, co szafują władzą za kulisami”. 

„Putin jest niefortunnym, lecz typowym wytworem systemu autorytarnego – twierdzi Brovkin. – Wcześniej poświęcił nieliczne zasady, jakie posiadał, dla osiągnięcia drugorzędnej władzy i stanowiska. Zdobycie przez niego prezydentury wynikło bardziej ze szczęśliwego zbiegu okoliczności oraz działań  szerszych sił historycznych poza czyjąkolwiek kontrolą aniżeli z autentycznego poparcia elit. Rządzi bowiem przy pomocy paranoi i nieufności wobec swego otoczenia, ciągle trzymając swój wewnętrzny krąg w niepewności”. Czyż nie przypomina to kariery Nikodema Dyzmy?

Ale liczą się nie tylko dwaj główni przeciwnicy – Rosja i Ukraina. Bowiem faktycznie mamy do czynienia z formalnie jeszcze nie zadeklarowaną wojną światową, w której w taki czy inny sposób uczestniczą wielkie mocarstwa naszych czasów. Od samego początku czołowym graczem były oczywiście Stany Zjednoczone, gdyż głównie skala ich poparcia wojskowego umożliwiła Kijowowi bronić się przed agresją Moskali. Przykład i namowa Waszyngtonu zachęciły pozostałych sojuszników do otwarcia portfeli, by militarnie wesprzeć oblężony naród. 

Należy pamiętać, jak spowodowany oporem kontrolowanej przez republikanów Izby Reprezentantów półroczny pat niemiłosiernie osłabił kontrofensywę Kijowa. Ostatecznie jednak Waszyngton zaaprobował znaczący pakiet pomocowy, choć wydłuża się proces dostarczenie bojownikom broni i amunicji. Kolejnym wyzwaniem będą listopadowe wybory w Ameryce, gdzie coraz wyraźniej słychać pomruki tradycyjnego, jankesowskiego izolacjonizmu. Mimo (niektórzy twierdzą, że z powodu) skazania Donalda Trumpa przez nowojorski sąd, prowadzi on w sondażach przed urzędującą głową państwa Joe Bidenem.

Ogólnie uważa się, że powrót Trumpa do Białego Domu może stać się gwoździem do trumny Ukrainy. Wprawdzie nie posunął się tak daleko jak węgierski premier Wiktor Orbán, który ostatnio oznajmił: „Dla Ukrainy ani grosza więcej!” Natomiast jeśli wygra, prawdopodobnie przyjmie twardą linię wobec NATO, żądając od partnerów większego wkładu finansowego do budżetu sojuszu. Ale Trump uchodzi za przywódcę wielce nieprzewidywalnego, więc wszystkiego można się po nim spodziewać. Przykładowo wszystkich zadziwił, gdy podczas pierwszej prezydenckiej kadencji zaczął czynić umizgi wobec arcywroga Ameryki, komunistycznej Korei Północnej.

 „Zwycięzcą tego konfliktu będą Chiny – uważa Chris Weafer, dyrektor naczelny firmy analitycznej Macro Advisory Ltd. – Chiny uzyskały bezpieczny dostęp do energii i innych materiałów od ich największego światowego producenta. Kiedykolwiek jakaś zachodnia firma nie chce zainwestować w jakiś rosyjski projekt, natychmiast pojawiają się Chińczycy z otwartą książeczką czekową”.

Jak ocenia Christof Ruehl, b. główny ekonomista Banku Światowego w Rosji, „jeśli Zachodowi uda się zablokować jej dostęp do zachodnich rynków energetycznych, zmusi to Moskwę do sprzedawania ropy naftowej i gazu ziemnego po mocno obniżonych cenach, a na tym stracą Rosjanie a najbardziej skorzystają Chińczycy”.

Nie chcąc otwarcie skłócić się z Moskwą, Chiny zbojkotowały odbyty w Szwajcarii czerwcowy szczyt poświęcony zakończeniu wojny w Ukrainie.  Szczyt ogłosił deklarację popierającą integralność terytorialną Ukrainy. Pekin, który ma własne zakusy terytorialne wobec Tajwanu, unika takich jednoznacznych wypowiedzi.

A więc jak i kiedy wreszcie zakończy się wojna rosyjsko-ukraińska? Już w tym roku? A może będzie się jeszcze ciągnąć latami? I kto na tym najlepiej wyjdzie? Pytania można by mnożyć, ale i tak można tylko uzbroić się w cierpliwość, czekając na dalszy rozwój wydarzeń.

Robert Strybel

Najnowsze