piątek, 4 kwietnia, 2025

Skazany Donald Trump coraz bliżej Białego Domu

MAREK BOBER

– Żyjemy w republice bananowej. Witamy w Stanach Zjednoczonych Birmy – powiedział Dan Eberhart, biznesman działający w branży paliwowej (ropa i gaz), wspierający od lat pieniędzmi Partię Republikańską i Donalda Trumpa. Słów milionera nie należy brać dosłownie, ale wyrok skazujący byłego prezydenta chluby Ameryce nie przynosi. System sprawiedliwości w USA wkroczył na nowe i niebezpieczne tory – jawnie używa się go w walce politycznej.

Polowanie na czarownice

30 maja br. ława przysięgłych w sądzie na Manhattanie uznała Trumpa za winnego wszystkich 34 zarzutów postawionych mu przez prokuratora okręgowego Alvina Bragga (z Partii Demokratycznej), od dawna powiązanego finansowo z miliarderem George’em Sorosem. Ława przysięgłych uznała Trumpa za winnego fałszowania dokumentacji biznesowej, a dokładniej za winnego przekazania Michaelowi Cohenowi, byłemu współpracownikowi i prawnikowi, potajemnej wypłaty w wysokości 130 tys. dolarów przeznaczonej dla Stormy Daniels, gwiazdy filmów porno, w celu ukrycia ich rzekomego romansu z 2006 r. Do wypłaty miało dojść w 2016 r., co miało z kolei wpłynąć na wybory prezydenckie.

Trump już dawno nazwał tę sprawę politycznym polowaniem na czarownice, motywowanym dążeniem demokratów do utrzymania władzy w wyborach prezydenckich w 2024 r. – Prawdziwy werdykt zostanie wydany przez ludzi 5 listopada – zareagował na wyrok. Przypomnijmy, że ma on trzy inne sprawy sądowe w toku, ale po raz pierwszy uznano go za winnego przestępstwa kryminalnego.

– Administracja Bidena zrobiła to, aby skrzywdzić przeciwnika, przeciwnika politycznego i moim zdaniem to po prostu hańba – powiedział. – To była od samego początku zmanipulowana decyzja, podjęta przez skonfliktowanego sędziego, który nigdy nie powinien był pozwolić na rozpatrywanie tej sprawy, nigdy. Będziemy walczyć dalej. Będziemy walczyć do końca i zwyciężymy, bo nasz kraj zwariował.

Prezydent Joe Biden stwierdził natomiast, że „jest lekkomyślne, niebezpieczne” i „nieodpowiedzialne” nazywanie systemu sądownictwa sfałszowanym, „tylko dlatego, że nie podoba mu się wyrok”.

Zarzuty szyte na miarę

Na polityczny charakter procesu zwracają uwagę ludzie, którzy nie zaliczają się do zwolenników byłego prezydenta. Prokurator okręgowy na Manhattanie Alvin Bragg „przekracza granice prawa i należytego procesu” – napisał w New York Magazine Elie Honig, starszy analityk prawny telewizji CNN. I wyjaśnia: „To nie leży w gestii ławy przysięgłych. To leży w gestii prokuratorów, którzy zdecydowali się wszcząć sprawę, i sędziego, który pozwolił, aby sprawa potoczyła się tak, jak się rozegrała”.

Zarzuty, dodał Honig, „są niejasne i prawie całkowicie bezprecedensowe”, ponieważ żaden prokurator stanowy „nigdy nie oskarżył o złamanie federalnego prawa wyborczego o bezpośrednie lub źródłowe przestępstwo stanowe przeciwko komukolwiek i z czegokolwiek”.

Honig powiedział, że jakikolwiek prokurator z Manhattanu „prawie nigdy nie wnosi żadnej sprawy, w której jedynym zarzutem byłoby fałszowanie dokumentacji biznesowej”, bowiem w świetle prawa Nowego Jorku byłoby to wyłącznie wykroczenie.

Zamiast tego, w przypadku Trumpa, prokuratorzy zawyżyli zarzuty wykroczenia do przestępstwa i zarzucili, że fałszowanie dokumentacji biznesowej zostało popełnione „z zamiarem popełnienia innego przestępstwa”.

„Pod tymi kluczowymi względami zarzuty postawione Trumpowi są nie tylko niezwykłe. Są one szyte na miarę, najwyraźniej przygotowane indywidualnie dla byłego prezydenta i nikogo innego” – oznajmił.

Ławnicy ręcznie wybrani

Na krytykę procesu zdobył się nawet adwokat, znawca prawa kryminalnego i konstytucyjnego, emerytowany profesor Harvard University Alan Dershowitz. Co ważne, określa się on jako liberalny demokrata, jest członkiem Partii Demokratycznej, w 2016 r. głosował na Hillary Clinton a w 2020 na Joe Bidena. 

Proces i wyrok uznał za „początek wojny mającej na celu uzbrojenie wymiaru sprawiedliwości w sprawach karnych”, czyli wykorzystywania sądownictwa w celach politycznych. Miał także uwagi co do doboru ławy przysięgłych. – Zostali wybrani ręcznie przez sędziego i prokuratora, żeby byli przeciwni Trumpowi – wyjaśnił. Byli to po prostu ławnicy dobrani na zasadzie „dorwać Trumpa”.

– To byli jurorzy, którzy głosowali od 85 proc. do 90 proc. za niedopuszczeniem Trumpa do prezydentury i zrobią wszystko, aby uniemożliwić mu zostanie prezydentem. I w ten sposób ich głos był jakby drugim głosowaniem już w listopadzie przeciwko niemu jako prezydentowi. To nie było głosowanie nad faktami i prawem w danej sprawie – oświadczył.

Dla Dershowitza werdykt nie jest zaskoczeniem. – To po prostu końcowy wynik całkowicie przewidywalnej niesprawiedliwości, którą od samego początku zaplanował polityk i który w swojej kampanii opierał się na obietnicy dopadnięcia Trumpa – powiedział, mając na myśli prokuratora, który wielokrotnie wcześniej zapewniał, że ma na celowniku byłego prezydenta.

Nie bez znaczenia było również to, że proces odbył się w Nowym Jorku, w mieście zdecydowanie liberalnym i „postępowym”, gdzie na ławę przysięgłych mogły wpływać zewnętrzne naciski społeczne i polityczne. – Każdy sędzia rozumie, że jeśli w takim mieście jak Nowy Jork, zwłaszcza na Manhattanie, zostaniesz zauważony, że robisz coś na korzyść Trumpa, twoje życie się kończy. I każdy ławnik to rozumiał. Każdy sędzia to rozumiał – powiedział.

Wspomniany wcześniej Elie Hong doskonale wypunktował, jak poważnych naruszeń się dopuszczono. Sędzia nie ukrywał swoich politycznych przekonań, wpłacając pieniądze na rzecz kampanii Bidena. Z kolei prokurator prowadził swoją akcję wyborczą pod hasłem ścigania i „dopadnięcia” Trumpa. Przypomniał, że tego rodzaju procesy nazywa się zwyczajowo „sprawą zombie” lub  „sprawą Frankensteina”, gdyż są one nieprzemyślane, nieuzasadnione, niejasne i bezprecedensowe.

Przybyło pieniędzy

Przed wydaniem wyroku sondaże mówiły, że ewentualne skazanie Trumpa niewiele zmieni w preferencjach wyborczych. Czy ten trend się utrzyma, zobaczymy w najbliższych tygodniach, bowiem nie do wszystkich może dotrzeć fakt, iż w procesie wykroczenie podniesiono do rangi przestępstwa federalnego z oskarżenia stanowego a w dodatku zarzuty już się przedawniły. 

Sędzia oznajmi karę 11 lipca, cztery dni przed Konwencją Partii Republikańskiej, podczas której Trump otrzyma oficjalną nominację na kandydata w wyborach prezydenckich. Za każdy z 34 zarzutów grozi mu po cztery lata więzienia plus kary finansowe. Wcześniej zostanie złożona apelacja, lecz żadna kara nie blokuje mu drogi do Białego Domu, może jednak znacznie utrudnić kampanię i postrzeganie części wyborców. Do więzienia raczej nie trafi, choć spora część demokratów i ich zwolenników chętnie by to zobaczyła. Może natomiast otrzymać nadzór policyjny, obowiązek meldowania się na policji czy choćby areszt domowy. To wystarczy, aby uprzykrzyć mu życie.

Demokraci już w przeszłości próbowali wyeliminować go z życia politycznego, stosując różne sztuczki i rzucając oskarżenia. Zarzucano mu konspirowanie z Rosją, przeprowadzono dwukrotnie – nieskutecznie – impeachmenty. Usiłowano go jeszcze niedawno wyeliminować z list wyborczych na podstawie 14. poprawki do konstytucji, jakoby podczas słynnego „szturmu” na Kapitol 6 stycznia 2021 r. wzywał do insurekcji i nie chciał oddać władzy. To wszystko spaliło na panewce. Nawet po ostatnim wyroku jest on nadal faworytem do zdobycia Białego Domu. W ciągu 24 godzin po ogłoszeniu wyroku na jego konto wyborcze trafiło 53 miliony dolarów. To o czymś mówi.

Marek Bober

Fota

– Administracja Bidena zrobiła to, aby skrzywdzić przeciwnika, przeciwnika politycznego i moim zdaniem to po prostu hańba – powiedział Trump po usłyszeniu wyroku. – To była zmanipulowana decyzja od samego początku, podjęta przez skonfliktowanego sędziego, który nigdy nie powinien był pozwolić na rozpatrywanie tej sprawy, nigdy. Będziemy walczyć dalej. Będziemy walczyć do końca i zwyciężymy, bo nasz kraj zwariował.

fot. Teram Trump/Facebook

Najnowsze